Przed świetlicą w Choruli stoją rowery, samochody i hulajnogi. Z pierwszego piętra słychać rozmowy i śmiech. W środku, w dwóch dużych szafach, zamiast zwykłych bibelotów piętrzą się rzeczy, które w innych domach dawno trafiłyby do kosza. Wielkanocny zając ma nogi z puszek po chipsach. Są słoiki, kawałki tkanin, rolki, sztuczne kwiaty i dekoracje, których pochodzenia czasem trudno się domyślić.
Na stole trwa praca nad kolejnymi ozdobami. Katarzyna Wystrach-Blaut, która prowadzi zajęcia w świetlicy działającej przy Gminnym Ośrodku Kultury w Gogolinie, sięga po materiał.
- O! To moja stara sukienka – mówi Krysia wybierając materiał na dynie z wielkiego worka ubrań.
– Kto mi zabrał materiał? – pada z drugiego końca sali.
Po chwili ktoś znajduje błyszczącą tkaninę.
– Lśniąca na dynię może być?
– No jasne. Będzie glamour.
W Choruli słowo „materiał” ma szersze znaczenie niż gdzie indziej. Może nim zostać prawie wszystko. Ale ważniejsze jest coś innego. Mieszkańcy coraz częściej, zanim coś wyrzucą, zastanawiają się, czy nie przynieść tego na świetlicę.
– Nie pytaj, tylko przynoś – mówi Katarzyna.
I ludzie rzeczywiście przynoszą. Czasem nawet wtedy, gdy jej nie ma. Worek z materiałami może po prostu pojawić się pod drzwiami.
Zamiast wyrzucać – przynieść
Podczas jednej z wizyt na stole leży folia bąbelkowa. Dla większości osób to odpad po zakupach internetowych. Tutaj może stać się wypełnieniem dekoracji albo elementem formy, którą później przykryje się innym materiałem.
– Folia była za darmo – mówi Katarzyna.
To zdanie dobrze pokazuje sposób myślenia, który przez lata wyrastał w tej niewielkiej świetlicy. Nie chodzi wyłącznie o to, żeby zrobić coś ładnego. Chodzi o to, żeby najpierw zobaczyć, co już jest pod ręką.
Podobnie było z dyniami przygotowywanymi razem z Kołem Gospodyń Wiejskich w Choruli na Bania Fest w Krapkowicach. Do ich wypełnienia poszły stare poduszki. Materiały przynosili mieszkańcy.
Z domu do świetlicy trafiają słoiki, tkaniny, kartony, rolki po folii czy stare dekoracje. Potem rzeczy dostają drugie życie podczas warsztatów, a wykonane przedmioty mogą trafić na lokalny kiermasz albo wydarzenie. Pieniądze wracają do świetlicy i pozwalają organizować kolejne zajęcia.
Powstaje prosty obieg: dom – świetlica – nowy przedmiot – lokalne wydarzenie – pieniądze na kolejne działania. I właśnie w tym obiegu jest coś więcej niż rękodzieło.
„Po co mam kupować, jak ja sobie to zrobię?”
Beata Dyla pamięta czasy, kiedy odkładanie rzeczy „na później” było zwyczajnym elementem życia. Nie dlatego, że ktoś mówił o ekologii. Po prostu kiedyś wielu rzeczy nie było. Dzisiaj nie musi już niczego oszczędzać. A jednak ten odruch został.
– Zawsze człowiek myślał: przyda się – mówi seniorka.
Na świetlicy przekonała się, że przydać może się naprawdę wiele. Słoik, który jeszcze niedawno wydawał się zwykłym śmieciem, staje się lampionem. Stara koszulka – mocną torbą na zakupy.
– Można było tę torbę zużyć, a tak podkoszulkę by się wyrzuciło. Torba została i jest wykorzystywana – mówi.
Jest w tym również zwykła ekonomia.
– Po co mam kupować, jak ja sobie to zrobię?
Robienie takich rzeczy jest dla Beaty także sposobem na odpoczynek. Przy stole można porozmawiać, pośmiać się, a przy okazji zrobić coś, co później naprawdę się wykorzysta. Najbardziej cieszy ją jednak to, że ten sposób myślenia przejęli młodsi. Jej wnuki potrafią zapytać:
– A przyda się to na świetlicę?
Jeśli odpowiedź brzmi „tak”, rzecz nie trafia do kosza.
Śmieci? Nie w tej sali
Kiedy do świetlicy trafiła partia pustych skorupek ślimaków, też nie wylądowała w koszu. Katarzyna opowiada o nich jak o zupełnie normalnym materiale. Skorupki pochodziły ze spacerów i z domowych zbiorów. Były czyszczone, a później dostawały nowe życie jako elementy dekoracji. Były też stare żarówki, z których powstały kurki wielkanocne. Firanki. Puszki po mleku modyfikowanym, z których mają powstać konewki. Plastikowe łyżeczki zamieniły się w pszczoły i biedronki. Ze starych podkładek pod talerze powstały dziecięce wakacyjne torebki. Z puszek po chipsach – elementy królików czy dziadka do orzechów. Z części samochodowych, które zalegały w warsztacie męża jednej z mieszkanek – świąteczny wianek na drzwi. A ze starych poduszek – wypełnienie do dyń.
– Jak ktoś tu do nas przyjdzie i zobaczy, to widzi wielkie śmietnisko. A my widzimy potencjał i coś, co możemy wykorzystać ponownie – mówi Katarzyna. - A jak ktoś powie: „Tego się już nie da wykorzystać”? To my pokażemy, że się da – dodaje.
Przy okazji dzieci uczą się rzeczy, których nie da się kupić razem z gotową dekoracją. Przyszywania guzika. Posługiwania się igłą i nitką. Kombinowania. Naprawiania. I przede wszystkim – że rzecz nie kończy się w momencie, w którym przestaje być potrzebna w swojej pierwszej roli.
Świetlica, która uczy patrzeć inaczej
Natalia Jasik-Schulwitz jest młodsza od Beaty o całe pokolenie. Pracuje, jest mamą, ma swoje obowiązki. Do świetlicy przychodzi po coś więcej niż gotową instrukcję wykonania ozdoby.
– Niekiedy naprawdę nie trzeba dużo, żeby zrobić coś z niczego – mówi.
Z pustych słoików robiła lampiony na św. Marcina, z różnych materiałów powstawały dekoracje bożonarodzeniowe i adwentowe. Stare ozdoby zamiast lądować w śmieciach można rozebrać i wykorzystać przy kolejnej okazji.
Pomysłów szuka także w internecie. Ale nie chodzi o to, żeby kupić dokładnie takie same materiały jak na zdjęciu. Raczej o to, żeby zobaczyć, co można zrobić z tego, co już ma się w domu.
Z jednej z dyń Natalia zrobiła nawet doniczkę. Wydrążyła ją, wsypała ziemię i przesadziła kwiaty.
– Nigdy nie wiadomo, co się może przydać – mówi.
Ten sposób patrzenia zaczął wychodzić poza Chorulę. Siostra Natalii, mieszkająca w innej miejscowości, oglądała zdjęcia z zajęć. Zobaczyła, co powstaje z rzeczy, które normalnie można by wyrzucić. Zorientowała się, że sama ma w domu materiały, które mogą się jeszcze przydać. I zaczęła robić rzeczy sama.
Jeżeli zmiana naszego myślenia kończy się wraz z zamknięciem drzwi świetlicy, pozostaje tylko warsztatem. A jeśli wychodzi z człowiekiem do domu, zaczyna być nawykiem.
Nie każdy „eko” przedmiot jest ekologiczny
Czy każdą taką pracę można nazwać działaniem na rzecz klimatu?
Dr Wojciech Szymalski, prezes Instytutu na rzecz Ekorozwoju, zwraca uwagę, że nie można automatycznie uznać każdego rękodzieła z etykietą „eko” za korzystne dla środowiska. Znaczenie ma przede wszystkim to, co dzieje się z rzeczą, która już została wyprodukowana.
– Największy efekt daje jak najdłuższe wykorzystywanie wyprodukowanej już rzeczy. Także wykorzystujmy ponownie, nawet niezgodnie z pierwotnym przeznaczeniem, naprawiajmy, a dopiero gdy już całkiem nie wiadomo co zrobić, wyrzucajmy – mówi.
Dlaczego?
– Jeżeli rzecz może jeszcze komuś służyć, to jej wyrzucenie oznacza, że wcześniej czy później trzeba będzie wyprodukować coś nowego w jej miejsce. A każda nowa produkcja oznacza zużycie surowców i energii oraz związane z tym emisje – wyjaśnia dr Wojciech Szymalski.
Jednocześnie ekspert przestrzega przed bezrefleksyjnym „upcyklingiem”. Jeżeli do starego przedmiotu dokładamy dużo nowych materiałów albo łączymy ze sobą różne tworzywa w sposób uniemożliwiający ich późniejsze rozdzielenie i recykling, efekt może być odwrotny od zamierzonego.
W Choruli najważniejsze jest więc nie samo robienie ozdób. Najważniejsze jest pytanie, które pojawia się zanim coś trafi do kosza. Dlatego zasada „używaj jak najdłużej” dotyczy nie tylko słoika czy koszulki. W przypadku samochodu, sprzętu, wyposażenia domu czy budynków wydłużenie okresu użytkowania może oznaczać uniknięcie znacznie większego obciążenia środowiska.
Największą oszczędnością jest to, czego nie trzeba kupić
Chorula nie zatrzyma globalnego ocieplenia. Ale pokazuje coś ważnego: transformacja nie zawsze zaczyna się od paneli fotowoltaicznych, pompy ciepła czy wielkiej inwestycji. Czasem zaczyna się od decyzji, żeby starej koszulki nie wyrzucić.
To nie jest wielka deklaracja o rezygnacji z konsumpcji. Raczej codzienny rachunek: jeśli mam materiał i pomysł, po co kupować kolejną rzecz? Dla rodziny ma to znaczenie finansowe. Dla środowiska – również. Produkcja nowych przedmiotów oznacza bowiem nie tylko cenę na sklepowej półce. Wcześniej trzeba było pozyskać surowce, przetworzyć je, wyprodukować produkt, zapakować go i dostarczyć do sklepu. Każdy etap wymaga energii i zasobów.
– W dyskusji o klimacie często koncentrujemy się na tym, co dzieje się z odpadem. Tymczasem równie ważne jest pytanie, czy w ogóle musieliśmy kupować nowy produkt – mówi dr Szymalski.
Katarzyna przyznaje, że świetlica potrzebuje materiałów, ale wiele z nich mieszkańcy dostarczają sami. Największym stałym wydatkiem pozostaje… klej na gorąco.
Reszta często zaczyna się od tego, co ktoś miał już w domu. Stary T-shirt. Słoik. Kawałek firanki. Materiał. Poduszka. Karton. A potem pojawia się pomysł.
– My to zrobimy taniej, lepiej i ładniej – mówi Katarzyna.
Dla mieszkańców to oszczędność pieniędzy. Dla świetlicy – możliwość organizowania kolejnych zajęć. Dla lokalnych wydarzeń – własnoręcznie wykonane dekoracje. Dla rzeczy, które miały trafić do kosza – jeszcze jedno życie.
A dla klimatu?
Jedna torba z koszulki nie zmieni świata. Jedna wykorzystana poduszka również nie. Ale miliony decyzji, by najpierw wykorzystać to, co już istnieje, oznaczają mniejsze zapotrzebowanie na produkowanie nowych rzeczy. I właśnie dlatego znaczenie tej historii nie mieści się w jednej świetlicowej sali.
Zmiana zaczyna się pod drzwiami
W Choruli nie zaczęli od wielkich deklaracji dotyczących klimatu. Zaczęło się od zwykłego „przyda się”.
Dzisiaj pod drzwiami świetlicy zostają worki z materiałami. Przy stole spotykają się dzieci, młode kobiety i seniorki. Jedne pokazują drugim, jak przyszyć guzik, inne podpatrują nowy pomysł. Dzieci uczą się, że nie wszystko, co przestaje być potrzebne w jednym miejscu, staje się śmieciem.
A gdzieś pomiędzy domem a świetlicą zmienia się jeszcze jedna rzecz.
Odruch.
Zamiast: „wyrzucić?” pojawia się: „może się przyda?”
Być może właśnie dlatego najbardziej znaczące zdanie tej historii nie pada przy stole wypowiedziane przez dorosłych. Pada z ust dziecka:
– A przyda się to na świetlicę?
Jeśli odpowiedź brzmi „tak”, rzecz nie kończy swojego życia w koszu.
Trafia pod drzwi świetlicy. A potem ktoś siada przy stole i zaczyna się zastanawiać, co można zrobić z czymś, co jeszcze niedawno wszyscy uznaliby za niepotrzebne. Bo może śmieć nie zawsze jest śmieciem. Może czasem jest po prostu rzeczą, dla której jeszcze nie znaleźliśmy drugiego życia. W Choruli klimat nie pojawia się jako wykres temperatury ani wielki raport. Jeżeli czegoś nie trzeba kupić, nie trzeba też zużyć kolejnych surowców do jego wyprodukowania.
Materiał powstał w ramach projektu Stowarzyszenia Gazet Lokalnych.


Napisz komentarz
Komentarze