W Walcach mył włosy nad kocherem, a woda spływała prosto na ulicę. W PRL talent był problemem, a nie przewagą, więc Richard Stanik pracował pod presją kontroli, donosów i systemu, który nie lubił ludzi z inicjatywą. Nocą uciekł z kraju, mając przy sobie tylko nożyczki i 5,50 marki. W Bonn stał się „Monsieur Richard”, mistrzem fryzjerstwa, do którego ustawiały się kolejki dyplomatów, artystów i arystokracji. Dziś wraca do Krapkowic z popiersiem Beethovena i historiami, które brzmią jak gotowy scenariusz filmowy.