Kiedy przyjechałam wczesnym wieczorem do domu państwa Jaschików w Otmęcie, minęłam go za pierwszym razem. Na podwórku nie świeciła się ani jedna lampka. Nie było świetlnych węży prowadzących w głąb posesji, nie było migoczących figur, nie było gwaru. Był zwyczajny dom przy drodze, jakich wiele. Dopiero po chwili zawróciłam.
- Dominika, to już naprawdę ostatni raz - powiedzieli niemal jednocześnie, kiedy weszłam do środka.
Powiedzieli to spokojnie. Bez patosu. Wtedy jeszcze nie wiedzieli, jak ciężar tych słów wróci do nich pod koniec rozmowy. Gdy wypowiedzą je drugi raz, głosy będą im już drżeć.
Od tysiąca lampek
Henryk Jaschik nie zapalił pierwszej lampki. Zapalił od razu tysiąc.
Był 2002 rok. Jeden świetlny wąż, kilka małych dekoracji na choinkach prowadzących na podwórko. Chciał, żeby było ładnie na święta. Żeby coś się świeciło wokół domu. Nic więcej.
W szczytowym momencie jego iluminacja liczyła 43 tysiące lampek.
- W ogóle nie przyszło mi do głowy, że ktoś będzie do nas przyjeżdżał - mówi dziś. - A już na pewno nie, że z zagranicy.
Już wtedy byliśmy jedną z pierwszych redakcji, które relacjonowały tę niezwykłą iluminację. W 2005 roku po raz pierwszy pojawiła się telewizja. I kolejne redakcje. Tauron, konkursy na najpiękniej oświetloną posesję. Wygrane. Dyplomy. Osiemnaście. Wszystkie wiszą do dziś w przedpokoju. Każdemu gościowi Henryk pokazuje je z tą samą dumą, jakby to było wczoraj.
Inspiracji szukali w regionie, u innych, ale też w niemieckich programach telewizyjnych, gdzie pokazywano, jak wyglądały świąteczne iluminacje „na Zachodzie”.
- Kiedyś więcej ludzi dekorowało domy. Teraz to trochę podupadło – mówi Eleonora, żona Henryka.
Warsztat, który nigdy nie zasypia
Przygotowania zaczynają się w listopadzie. A właściwie… latem.
- Wtedy robię przegląd oświetlenia. Lampka po lampce, aż znajdę tę, która nie świeci. Docinam, projektuję elementy drewniane - opowiada z zapałem Henryk.
Bo u Jaschików to nie są tylko lampki. To dziesiątki własnoręcznie wykonanych dekoracji z drewna. Miniatury, piramidy, figury, stajenki. Jedna z nich to wiernie odtworzona miniatura kościoła w Otmęcie.
Dzień zaczynał się wcześnie. Śniadanie. Warsztat. Podwórko. Od świtu do zmroku.
- Non stop - powtarza.
- Na obiad go trzeba było siłą do domu zaganiać - rzuciła żona Eleonora, nie zostawiając złudzeń.
Jego ulubione miejsce? „Z lauby” (czyli przeszklony ganek przy wejściu do domu). Tam, skąd widać wszystko. Tam, gdzie świetlne węże prowadzą wprost do serca iluminacji, ukrytej nie z przodu, a na podwórku za domem. Mówi o tym z uśmiechem, jakby nadal tam stał.
Kiedy pojawiła się policja
Pierwszy raz pomyślał, że to coś wyjątkowego, kiedy ktoś z odwiedzających przyszedł i powiedział, że na skrzyżowaniu - dziś już rondzie - stoi policja i kieruje ruchem.
- Takie korki były do naszej posesji - wspomina. - To było coś niesamowitego.
Ludzie początkowo stali przy płocie. Robili zdjęcia tylko od frontu. Bali się wejść.
- A cała magia jest w środku - tłumaczy.
Dlatego zawsze otwierali furtkę. Oprowadzali. Opowiadali. Częstowali dzieci cukierkami.
- Nigdy nie mieliśmy dość ani ludzi, ani hałasu, ani zdjęć, ani mediów - mówi Henryk. - Zmęczenie po całym wieczorze było, ale radość większa.
Cały świat na podwórku
- Była u nas chyba cała Europa - śmieje się Eleonora, żona Henryka.
- Ale też Madagaskar, Dubaj, Jerozolima, USA, Australia, Kamerun, Filipiny, Tajlandia – wylicza Henryk.
Pokazywano ich w norweskiej telewizji. Ktoś nagrywał iluminację, żeby puścić rodzinie w RPA.
Ludzie pytali, skąd biorą siłę.
- W tym wieku to nie lada wyzwanie - przyznają. - A tej siły już nam brakuje.
Najbardziej zapamiętali jedno zdanie:
- „Wy to żyjcie i 150 lat, a pan to ma złote rączki” - śmieje się Henryk.
Garaż pełen muzyki
Nikt nigdy nie powiedział im: „przestańcie”.
Dziesięć lat temu przyszedł Andrzej Namysło z orkiestry Oder Blass Band i zaproponował koncert w garażu. W podziękowaniu. Za ich pracę i otwartość. Tak narodziła się tradycja.
- Ludzie pytają, kiedy znowu będzie orkiestra - mówią. - Chcieliby, żeby grali co weekend.
Był rok, kiedy rozdali sztuczne ognie, żeby podczas koncertu zrobić jeszcze większą atmosferę. Pewnego razu ktoś z odwiedzających przyniósł struclę makową i częstował nią… innych odwiedzających. Jak w rodzinie.
- Przynajmniej w święta nie jesteśmy sami - mówi Eleonora. - Gdyby nie to, bylibyśmy tylko we dwoje. A tak jesteśmy wszyscy razem.
Decyzja, której nikt nie chciał
To miał być kolejny sezon.
Ale przyszedł upadek. Złamane biodro. Kule ortopedyczne.
Henryk ma dziś 86 lat. Eleonora 77. To ona w tym roku pomagała wynosić dekoracje.
- To ostatni raz – powiedziała, palcem grożąc i spojrzeniem upominając go niemal jak nauczycielka. - Więcej nie damy rady.
Henryk nie mówi tego tak stanowczo. W jego oczach widać, że chciałby jeszcze. Że próbuje negocjować z czasem. Wspomina, że może w przyszłym roku coś jednak zapali. Mniej. Skromniej.
- Żeby nie było ciemno - dodaje.
- Jak Jaschiki zgasną, to cały Otmęt będzie ciemny i smutny - wtóruje żona.
Ostatni raz zapalą iluminację 6 stycznia 2026 roku.
Po co to wszystko
- Dla kogo to wszystko? - pytam.
- Dla ludzi - odpowiada bez wahania Henryk. - Serce się raduje, jak się widzi dzieci, jak ludzie po raz pierwszy przychodzą i są… olśnieni.
Nic w zamian.
- Nawet nie liczyliśmy, ile osób tu było. Musielibyśmy kogoś postawić na wejściu każdego dnia.
Podczas pandemii furtka też była otwarta. Z maseczkami, bez tłumów.
- Nie mogliśmy ludzi odesłać z kwitkiem - mówią.
- Przynajmniej w święta nie jesteśmy sami - dodają cicho.
Jedna lampka
- Co chcecie, żeby ludzie pamiętali, kiedy za rok będzie tu ciemno? - pytam.
- Że był taki Jaschik, który tymi światełkami wprowadzał radość do świąt - odpowiada Henryk.
Czy ktoś przejmie tradycję?
- Moje światełka nie. To się skończy razem z nami.
Ale jest pan Alojzy z Serwitutu. Henryk już zawiózł mu jeden ze swoich domków. Symbolicznie.
Na koniec pytam o jedną lampkę. Gdyby mógł zapalić tylko jedną — komu by ją zapalił?
- Pani Krystynie Nowak z naszej ulicy - mówi bez zastanowienia. - Codziennie do nas przychodziła. Motywowała. Jak ktoś gadał, że to Las Vegas, ona mówiła: „Nie słuchajcie, róbcie swoje”.
Dziś pani Krystyna jest bardzo schorowana. Rodzina chce przywieźć ją do Jaschików na wózku. Na ostatnie świecenie.
Dom, który zgaśnie
Spotkałam się z państwem Jaschik kilka dni przed uruchomieniem iluminacji. Gdy na ich podwórku nie paliła się jeszcze ani jedna lampka.
Za rok ten dom znów będzie łatwo minąć. Tak jak ja minęłam go tego wieczora.
Nie będzie światła, które przyciągało ludzi z całego świata. Nie będzie gwaru. Nie będzie życia na podwórku.
Zostaną tylko wspomnienia.
I ci, którzy będą wiedzieli, dlaczego ta ciemność boli bardziej niż zwykle.




![[ZDJĘCIA] Żniwniok 2025 w Obrowcu – cała gmina świętowała na dożynkach [ZDJĘCIA] Żniwniok 2025 w Obrowcu – cała gmina świętowała na dożynkach](https://static2.tygodnik-krapkowicki.pl/data/articles/sm-4x3-zdjecia-zniwniok-2025-w-obrowcu-cala-gmina-swietowala-na-dozynkach-1756711858.jpg)


![[ZDJĘCIA] Gogolin: letni basen wraca po latach przerwy – nowoczesny obiekt już otwarty [ZDJĘCIA] Gogolin: letni basen wraca po latach przerwy – nowoczesny obiekt już otwarty](https://static2.tygodnik-krapkowicki.pl/data/articles/sm-4x3-zdjecia-gogolin-letni-basen-wraca-po-latach-przerwy-nowoczesny-obiekt-juz-otwarty-1754659915.png)


Napisz komentarz
Komentarze