– Zacznijmy od początku. Kiedy w 1998 roku zakładał pan GEBO, wyobrażał pan sobie, że kilka lat później w 2001 roku powstanie firma, która będzie prowadzić jeden z większych składów budowlanych w powiecie krapkowickim?
– Nie brałem w ogóle pod uwagę, że dojdziemy do tej wielkości, że tak długo to będzie trwało i że będziemy jednocześnie marketem budowlanym i składem budowlanym. Takich założeń wtedy nie miałem. Zaczynałem od punktu zero. Po prostu ruszyłem pod górę i udało się na nią wejść. Ale łatwo nie było.
- Pamięta pan pierwszy dzień prowadzenia firmy?
- Pamiętam. Stanąłem na placu, miałem klucze w ręku, pusty plac i myślałem: jak to zrobić?
- Dzisiaj trudno sobie wyobrazić GEBO jako pusty plac. Co wtedy właściwie robiliście?
- GEBO w tym czasie nie handlowało niczym. Zajmowaliśmy się usługami budowlanymi. Miałem brygadę budowlaną oraz brygadę dekarsko-ciesielską. Budowaliśmy i remontowaliśmy domy jednorodzinne.
- Czyli dzisiejszy skład budowlany wyrósł z bardzo praktycznej potrzeby?
- Tak. Materiały budowlane pojawiły się przede wszystkim dlatego, że musiałem zaopatrywać się w innych hurtowniach. Zabierało mi to dużo czasu. W pewnym momencie postanowiłem więc zbudować własny magazyn. A przy okazji powstał skład budowlany, który później rozwinął się do takich rozmiarów, jakie mamy dzisiaj.
- Przez 25 lat zmieniła się nie tylko firma, ale i cała branża. Jak zmienił się klient?
- Zmieniły się materiały budowlane, bardzo zmienił się sposób handlu. Klient jest teraz bardziej wymagający, bardziej konkretny. W dużym stopniu wie, czego chce i wie, na czym to polega. Zmieniła się też komunikacja z klientem. Kiedyś była bardziej bezpośrednia, oko w oko. Dzisiaj bardzo dużo dzieje się w mediach i na Facebooku.
- Pamięta pan sytuację z początków GEBO, którą do dziś wspomina pan z uśmiechem?
- Pamiętam pierwszy samochód cementu, który został przywieziony do firmy. Rozkładaliśmy go wzdłuż hali, przy ścianie, po to, żeby hala wyglądała na pełną. To było najbardziej zabawne. Podobnie było, kiedy przechodziliśmy do większego obiektu handlowego. Regały stanęły, a to, co mieliśmy w małym obiekcie, trzeba było rozłożyć w tym dużym. Rozkładaliśmy pojedyncze sztuki co 10 centymetrów, żeby regał się zapełnił. Po prostu nie było czym go wypełnić.
- Dzisiaj trudno chyba znaleźć w GEBO pusty regał.
- Dzisiaj rzeczywiście trochę się tego zmieniło.
- Są klienci, którzy są z wami od początku?
- Tak. Cały czas są klienci, którzy przychodzą od początku do dzisiaj. W dużym stopniu to jest grono ludzi, których się zna. To klient, z którym żyjemy razem, o którego dbamy.
- Zdarza się, że ktoś najpierw przychodził po materiały na budowę własnego domu, a po latach pojawia się z dziećmi?
- Tak jest cały czas. Najpierw przychodzili sami, później z dziećmi, a teraz przychodzą oni, dzieci i wnuki. Wszystko się zmienia, takie jest życie. Ale klient pozostaje.
- GEBO to nie tylko biznes. Przez lata angażował się pan również w pomoc społeczną i charytatywną.
- Cały czas gdzieś tam działamy społecznie i charytatywnie. Mamy w Gogolinie starszych ludzi, którym pomagamy już od kilku lat. To są rzeczy typu drewno, opał, zaopatrzenie – wszystko to, czego ktoś starszy nie jest już w stanie sam sobie zrobić. Zawsze też staram się pomagać straży pożarnej w naszych okolicznych wioskach i w Gogolinie. Po godzinach angażuję się również w Kamionku – przy pracach przy kaplicy i przy innych takich rzeczach. Cały czas gdzieś tam społecznie działam.
Czytasz nas regularnie?
Pełne artykuły czekają w aktualnym e-wydaniu.
👉 [Kup wydanie]


Napisz komentarz
Komentarze