Przejdź do głównych treściPrzejdź do wyszukiwarkiPrzejdź do głównego menu
wtorek, 1 września 2026 07:22
Przeczytaj:
Reklama https://www.bskrapkowice.pl/firmy/rachunki/rachunek-biezacy-firmowy
Reklama https://www.instagram.com/pani.prowadzaca/
KLIMAT | POWIAT KRAPKOWICKI

Susza i powódź po dwóch stronach tego samego rowu

Wody pitnej w Krapkowicach nie zabraknie. Dlaczego więc rolnik mówi o jej braku, gmina odbudowuje stare stawy, a burmistrz twierdzi, że susza i powódź mają tę samą przyczynę? Problem zaczyna się gdzie indziej – na polu, w glebie i w rowie.
Zbiorniki na deszczówkę w gospodarstwie rolnym w powiecie krapkowickim – przykład zatrzymywania wody podczas suszy
Na podwórzu gospodarstwa Bernarda Marksa stoją zbiorniki mogące pomieścić około 200 tys. litrów wody. Retencja zaczyna się tu nie od wielkiej inwestycji, ale od zatrzymania wody tam, gdzie spadła.

Autor: Tygodnik Krapkowicki

Na podwórzu gospodarstwa Bernarda Marksa stoją zbiorniki. W sumie mogą pomieścić około 200 tysięcy litrów wody. To nie jest dekoracja ani inwestycja na wszelki wypadek. Woda ma tu swoją pracę do wykonania.

Jedna trafia do specjalnego, czarnego zbiornika. Ma się ogrzać i później może zostać wykorzystana między innymi do oprysków. Inna deszczówka, spływająca z terenu gospodarstwa, jest magazynowana i wykorzystywana do podlewania.

Na polu także nic nie dzieje się przypadkiem.

Bernard Marks, który prowadzi gospodarstwo o powierzchni 1350 hektarów, mówi o zmianie sposobu uprawy, ograniczaniu parowania, pozostawianiu gleby możliwie długo przykrytej roślinnością i o tym, żeby woda nie uciekała z pola przy pierwszej okazji. Nie robi tego dlatego, że modne stało się słowo „retencja”. Robi to, bo widzi, co dzieje się z ziemią.

– My jako rolnicy to chyba pierwsi zaczynamy odczuwać te zmiany klimatyczne i brak wody oraz ekstremalne temperatury, które następują – mówi.

Kilka lat temu liczył, ile dni w roku temperatura przekraczała 30 stopni Celsjusza.

Dziś już tego nie robi.

– Teraz tego już nie liczę, bo teraz by trzeba było liczyć dni, które są z temperaturą powyżej 35 stopni Celsjusza.

Nie zabraknie w kranie. Zaczyna brakować na polu

Kiedy mówi się o suszy hydrologicznej, łatwo wyobrazić sobie wyschnięty kran, niski poziom rzeki albo pusty zbiornik. W Krapkowicach obraz jest bardziej skomplikowany.

– Jeśli chodzi o wodę w Krapkowicach, wody nie zabraknie, na pewno – mówi Piotr Wiora, prezes Wodociągów i Kanalizacji w Krapkowicach.

Krapkowice korzystają z wód głębinowych. Ujęcia znajdują się na głębokości około 100 metrów. Jak mówi prezes wodociągów, poziom lustra wody od lat nie zmienia się w sposób, który wskazywałby na problem z zasobami wykorzystywanymi przez miejskie wodociągi.

– Mamy wody bardzo dużo – podkreśla prezes WiK w Krapkowicach.

Wodociągi są nawet połączone z sieciami sąsiednich gmin i zdarzają się sytuacje, gdy Krapkowice dostarczają wodę w przypadku awarii lub niedoborów.

Problem znajduje się gdzie indziej. 

Woda może być bezpieczna głęboko pod ziemią, a jednocześnie brakować jej tam, gdzie właśnie teraz potrzebuje jej roślina.

Na polu.

W glebie.

W rowie.

W płytkich warstwach gruntu.

I przede wszystkim – w odpowiednim momencie.

Deszcz nie zawsze pomaga

Bernard Marks dobrze pamięta jeden z takich sezonów. Najpierw susza. Potem, pod koniec maja, około 60 litrów wody na metr kwadratowy. Z punktu widzenia statystyki miesięcznej można byłoby powiedzieć: deszczu spadło całkiem sporo. Tylko że rośliny nie żyją w statystyce.

– Co z tego, że to było ostatniego maja? I potem znowu czerwiec był suchy, suchy, suchy – mówi rolnik.

W okresie wegetacji większych opadów praktycznie nie było. Później, we wrześniu, kiedy potrzeby upraw były już inne, przyszły intensywne deszcze. Jak wspomina Bernard Marks, w ciągu kilku dni mogło spaść około 200 litrów wody.

Ulewa też nie jest rozwiązaniem. Bo ulewa jest wodą. Ale niekoniecznie jest wodą, którą gleba potrafi zatrzymać.

– Jeżeli jest gleba bardzo mocno wysuszona, to takie ulewne deszcze, które nam dają nagle 30 litrów w godzinę, nie pomagają dużo naszej glebie, jest tak wysuszona, że nie przyjmuje tej wody – mówi rolnik.

O wodzie nie powinno się więc mówić wyłącznie w kategoriach tego, ile jej spadło. Trzeba pytać, gdzie trafiła i jak długo została.

Najpierw woda, potem plon

Na lepszych glebach skutki niedoboru wody nie zawsze są jeszcze tak widoczne. Potrafią zatrzymać więcej wilgoci.

Na lżejszych – sytuacja wygląda inaczej.

– Okolice Krapkowic, ja teraz mówię tu o tych lżejszych glebach, to naprawdę tu już deficyt wody jest bardzo duży i tu naprawdę plony już drastycznie spadają w dół – mówi Bernard Marks.

Jako przykład wskazuje kukurydzę, która w warunkach wysokich temperatur i niedoboru wody bardzo szybko zaczyna pokazywać skutki stresu. W tym właśnie miejscu zmiana klimatu przestaje być tematem z konferencji. Staje się rachunkiem gospodarstwa. Dlatego zdaniem Bernarda Marksa rolnicy nie mogą po prostu „poczekać, aż klimat się zmieni”.

Muszą zmieniać rolnictwo razem z nim.

Orka, która kosztuje wodę

Bernard Marks mówi o odchodzeniu od technologii, które mocno odsłaniają i przesuszają glebę, na rzecz systemów bezpłużnych.

– My po prostu tylko pracujemy w głębi pola, ale nie obracamy, nie doprowadzamy do parowania wody z gleby – tłumaczy rolnik.

Według jego doświadczeń orka w wysokiej temperaturze może oznaczać utratę około 10–12 litrów wody na metr kwadratowy. Bernard Marks stosuje maszyny, które głęboko spulchniają glebę, ale nie odwracają jej szerokim pasem. To jest rolnictwo dostosowujące się do warunków, a nie rolnictwo walczące z naturą za wszelką cenę.

Najlepsza beczka jest ta, która stoi pełna

W gospodarstwie Bernarda Marksa retencja zaczyna się na podwórzu. Około 200 tysięcy litrów. Ale ten sam pomysł można zastosować w znacznie mniejszej skali.

Dlatego Piotr Wiora wskazuje propozycję dla zwykłego mieszkańca, która jest znacznie prostsza: beczka w ogrodzie. Zatrzyma wodę, która w przeciwnym razie mogłaby spłynąć prosto do kanalizacji.

A jeśli deszczówka zostanie wykorzystana do podlewania ogrodu, nie trzeba w tym celu sięgać po wodę pitną. To drobna zmiana. Właśnie takich zmian potrzeba jednak dużo.

Beton nie pije

Przybywa powierzchni zabudowanych, utwardzonych, wyłożonych kostką. Kiedy spada deszcz, woda z takiej powierzchni nie ma możliwości spokojnego wsiąkania w grunt. Trafia do kanalizacji.

– Kanalizacja to są szczelne rury. To jest dalej spływ do odbiorników – tłumaczy Piotr Wiora.

Podczas intensywnego deszczu woda może więc bardzo szybko znaleźć się tam, gdzie akurat nie jest potrzebna. 

Na działce mogłaby wsiąkać powoli. W kanalizacji płynie. W rowie mogłaby zostać. W rzece pojawia się gwałtownie. W zbiorniku mogłaby być wykorzystana później.

Dlatego prezes wodociągów zachęca inwestorów do stosowania lokalnych systemów zatrzymywania deszczówki, które odciążają sieć i poprawiają bezpieczeństwo wodne gminy. 

Nie chodzi tylko o zbiornik. Chodzi o zmianę zasady: nie traktujmy każdej kropli, która spada na naszą działkę, jak problemu do jak najszybszego odprowadzenia. Część z nich może zostać.

Miedza była czymś więcej niż granicą

Jest w tej historii jeszcze jeden bohater, którego właściwie już prawie nie widać.

Miedza.

Piotr Wiora przypomina, że dawniej pola były znacznie bardziej podzielone. Miedze wyznaczały granice między gospodarstwami, ale miały też inną funkcję. Pomagały zatrzymywać wodę i ograniczać jej gwałtowny spływ. Do tego dochodziły rowy melioracyjne, drenaże, stawy, poldery i zastawki. Ich ślady – także stare kamionkowe drenaże – nadal można znaleźć w krajobrazie.

Kiedyś była instrukcja obsługi krajobrazu

Przed wojną funkcjonowały na tych terenach również Wassergemeinschaft – stowarzyszenia wodne skupiające rolników korzystających z systemów nawadniania i odwodnienia. Ich idea była prosta: woda nie miała być tylko odprowadzana. Miała być zarządzana.

Jeśli było jej za dużo – można było ją odprowadzić.

Jeśli było jej za mało – można było ją zatrzymać.

Po 1945 roku zmieniło się wszystko - własność, rolnictwo i ludzie, którzy przekazywali sobie wiedzę o gospodarowaniu ziemią i wodą. 

– My na dzień dzisiejszy nie bazujemy na doświadczeniu kilkusetletnim, które tu kiedyś istniało. My na dzień dzisiejszy bazujemy na doświadczeniu stulecia – mówi Piotr Wiora.

Adaptacja do zmian klimatu nie zawsze oznacza wymyślenie czegoś, czego jeszcze nigdy nie było. Czasem oznacza ponowne odkrycie tego, co działało, i dostosowanie tego do dzisiejszych warunków.

Walce: nie trzeba budować od zera

Przykładem takiego myślenia są Walce. Tutaj nie trzeba było budować wielkich zbiorników od podstaw. Wystarczyło przywrócić do życia te, które już były.

W Brożcu i Zabierzowie dwa zarośnięte stawy przestały działać, więc gmina je odtworzyła - rolnicy coraz częściej zgłaszali problemy z wodą, a stan obiektów był już krytyczny. W 2025 roku zbiorniki oczyszczono i pogłębiono, uformowano ich dna i skarpy, a przy stawie w Brożcu przebudowano także zastawkę pozwalającą regulować poziom wody. To niewielki element infrastruktury, ale jego zadanie jest bardzo konkretne. Woda nie musi od razu odpływać. Może zostać w zbiorniku dłużej. Mimo trwającej suszy hydrologicznej w obu zbiornikach utrzymuje się stały poziom wody.

– Odtworzone stawy i przebudowane rowy przyczyniają się do zatrzymywania wody na terenie gminy. Spowolnienie odpływu sprzyja jej wsiąkaniu w grunt, podtrzymaniu wilgotności gleby oraz poprawie lokalnych stosunków wodnych – mówi Ilona Wyciślok, wicewójt gminy Walce.

Gmina przebudowała także 11 kluczowych rowów melioracyjnych i 14 progów podpiętrzających. Dzięki nim woda może dłużej pozostawać w rowach i stopniowo przesiąkać do gruntu. Co ważne, system działa w obie strony.

Kiedy wody jest za dużo, rowy nadal mogą ją odprowadzać.

Kiedy zaczyna jej brakować, część można zatrzymać.

Łącznie rozwiązania te poprawiły retencję na około 19,33 hektara terenów rolnych i leśnych. Odtworzenie stawu w Brożcu kosztowało 106,8 tys. zł, w Zabierzowie 21,2 tys. zł, a przebudowa rowów niespełna 631 tys. zł - inwestycje wsparte środkami z KPO. Gmina zapowiada dalsze działania i sięganie po kolejne fundusze, a rowy są co roku konserwowane przez Spółkę Wodną.  W Walcach nie powstała więc spektakularna konstrukcja, którą można pokazać na zdjęciu jako symbol walki z suszą.

Zadziałało coś znacznie mniej efektownego. Przywrócono funkcję temu, co już istniało.

Susza i powódź po dwóch stronach tego samego rowu

To, co wydarzyło się w Walcach, prowadzi do jeszcze jednego pytania: dlaczego podobnych działań nie można zrobić wszędzie? Marek Pietruszka, burmistrz Strzeleczek, zwraca uwagę na problem, którego na pierwszy rzut oka nie widać. Woda może być jednocześnie za mało i za dużo. Wszystko zależy od tego, czy potrafimy ją zatrzymać wtedy, gdy pada deszcz, a później odpowiednio nią gospodarować.

– Zarówno susza, jak i powódź mają tę samą przyczynę. To jest złe gospodarowanie wodą – mówi Marek Pietruszka.

Ale jeśli po intensywnym deszczu woda bardzo szybko odpłynie z terenu, a kilka tygodni później zacznie jej brakować, oba problemy rzeczywiście mogą być kolejnymi etapami tego samego zjawiska. Jednym z problemów są zaniedbane rowy melioracyjne. Ich oczyszczenie czy odbudowa często oznaczają dziś długą drogę przez przepisy. Potrzebne mogą być pozwolenia wodnoprawne, a jeśli przez lata w rowie wyrosły drzewa – także zgody na ich usunięcie. Do tego dochodzą nieuregulowane prawa własności. Zdarza się, że rów biegnący przez wiele nieruchomości nie ma nawet w całości wyznaczonego przebiegu na mapach.

– Jeżeli odkopiemy część rowu, a nie zachowamy całości, jest problem. Wody nie odprowadzimy. Ale wodę trzeba magazynować w dwie strony. Trzeba ją zatrzymywać w odpowiednim momencie i w odpowiednim momencie wypuszczać – tłumaczy burmistrz Strzeleczek.

To właśnie ta „druga strona” retencji jest często pomijana. Zatrzymanie wody nie może oznaczać bezmyślnego zablokowania jej odpływu. Gdy przyjdzie gwałtowna ulewa, trzeba mieć możliwość bezpiecznego odprowadzenia nadmiaru. Gdy nastąpi susza, trzeba móc zatrzymać część zasobu.

Retencja nie jest więc korkiem założonym na rzece czy rowie. Jest zarządzaniem przepływem.

Zastawka za 250 zł i ta sama zastawka za kilkanaście tysięcy

Niewielkie zastawki wykonywano kiedyś z betonowych elementów i desek. Kiedy trzeba było zatrzymać wodę, podnoszono jej poziom. Gdy przychodził nadmiar – deskę można było wyjąć i wodę spuścić.

Proste.

Dzisiaj wykonanie takiego urządzenia może oznaczać dokumentację, pozwolenia, geodezję i kolejne formalności. Jak szacuje burmistrz Strzeleczek, rozwiązanie, które kiedyś kosztowało 200–250 zł, dziś po doliczeniu dokumentacji, geodezji i pozostałych kosztów, może oznaczać wydatek rzędu kilkunastu, a przy większych konstrukcjach nawet kilkudziesięciu tysięcy. I właśnie tu pojawia się paradoks.

W czasach, gdy coraz częściej mówimy o zatrzymywaniu każdej kropli, nie zawsze łatwo jest zbudować nawet niewielką przegrodę, która tę kroplę zatrzyma. Problemem nie jest więc wyłącznie brak pieniędzy. Czasem problemem jest system, w którym proste działanie wymaga skomplikowanej ścieżki formalnej.

– To są zaniedbania kilkudziesięcioletnie. Wodę trzeba magazynować w odpowiednich momentach albo w odpowiednim momencie ją wypuszczać. Ale żeby to zrobić, musimy naprawdę odbudować to, co zostało zaprzepaszczone przez kilkadziesiąt lat – mówi Marek Pietruszka.

Rolnik może zmienić sposób uprawy.

Mieszkaniec może postawić zbiornik na deszczówkę.

Samorząd może odtworzyć staw.

Ale jeśli system rowów, zastawek i urządzeń hydrotechnicznych jest własnościowo i formalnie nieczytelny, nawet najlepsza inicjatywa może utknąć.

1969. Rok, który pamięta leśnik

Jeden ze starszych leśników z powiatu krapkowickiego zapamiętał rok 1969 jako wyjątkowo suchy. W lesie było tak mało wody, że na jego skraju wystawiano wiadra i pojemniki, żeby zwierzęta miały gdzie się napić.

Bernard Marks mówi:

– My tę suszę hydrologiczną nie mamy od roku. To już jest przynajmniej pięć lat wstecz. I my to mamy co roku.

Nie chodzi o to, żeby wrócić do XIX wieku

Nie da się po prostu odtworzyć dawnej wsi. Dzisiejsze gospodarstwo ma inną skalę, maszyny i wymagania ekonomiczne – 1350 hektarów nie można prowadzić jak gospodarstwa sprzed stu lat. 

Chodzi o zasadę, która za nimi stała. Woda miała być zatrzymywana, a nie natychmiast odprowadzana. Tę zasadę można dziś realizować inaczej.

Na polu – przez sposób uprawy.

Na działce – przez zbiornik lub ogród deszczowy.

W rolnictwie – przez rowy, zastawki i zbiorniki.

W krajobrazie – przez pasy zieleni.

W mieście – przez ograniczanie powierzchni nieprzepuszczalnych. 

To nie jest jeden wielki wynalazek. To układ wielu małych decyzji.

Drzewa nie są cudownym rozwiązaniem. Ale mogą pomóc

Jednym z kierunków, który od lat rozwijany jest między innymi we Francji, jest rolnictwo leśne – łączenie upraw z pasami drzew i wysokiej zieleni.

Wysuszona gleba jest podatna na erozję. Silny wiatr może zabierać jej najbardziej wartościową, wierzchnią warstwę. Pasy drzew i zieleni mogą ograniczać ten proces i pomagać glebie dłużej zatrzymywać wodę.

– Jeżeli gleba jest sucha, wysuszona, lekki wiatr, zawirowania, to on niesie ten pył, zabiera tę wierzchnią warstwę gleby i unosi w powietrzu – tłumaczy Bernard Marks.

Drzewa mogą być jednym z elementów krajobrazu, który wolniej traci wodę i glebę. 

Roślina przyszłości będzie musiała umieć oszczędzać wodę

Bernard Marks nie chce jednak opierać przyszłości rolnictwa wyłącznie na zmianie technologii. Jego zdaniem potrzebna jest również zmiana samych roślin. Takich, które będą lepiej znosiły wysoką temperaturę i okresowy niedobór wody: 

– My potrzebujemy odmian roślin, na przykład pszenicy, które nie zużywają tyle wody, są wcześniejsze, uciekają nam przed tą wysoką temperaturą, są odporne na tę wyższą temperaturę i tak dalej. Także tutaj naukowcy muszą nam pomóc dużo, dużo, dużo.

Rolnik może zmienić sposób uprawy. Może zatrzymać deszczówkę. Może ograniczać parowanie. Ale nie stworzy samodzielnie nowej odmiany pszenicy. Do tego potrzebna jest nauka i polityka rolna, która pozwoli za takie dostosowanie zapłacić.

Największe wyzwanie nie stoi jednak na polu

Część rozwiązań znajduje się bardzo blisko. Na własnym podwórku, polu, w zbiorniku na deszczówkę, sposobie uprawy, pozostawieniu zieleni czy odtworzeniu starego stawu. 

Ale jest też druga strona.

Czasami potrzebne są pieniądze publiczne.

Czasami potrzebne są sprawne instytucje.

Czasami trzeba uporządkować własność.

A czasami po prostu zmienić przepisy tak, żeby człowiek, który chce zatrzymać wodę, nie musiał przez lata walczyć z formalnościami.

I nie chodzi o przerzucenie odpowiedzialności za kryzys klimatyczny na mieszkańca z beczką pod rynną.

Jedna beczka nie zatrzyma suszy.

Jeden staw nie rozwiąże problemu powodzi.

Jeden rolnik nie zmieni klimatu.

„Bez wody nie ma życia”

Bernard Marks, zapytany o to, czego najbardziej obawia się w przyszłości, nie wskazuje jednej suchej wiosny.

Obawia się kumulacji. Coraz wyższych temperatur. Coraz bardziej gwałtownych opadów. Gradu. Nawałnic. Strat, których nie da się przewidzieć na początku sezonu. I ekonomii, która sprawi, że coraz trudniej będzie produkować żywność w sposób opłacalny.

– Bez wody nie ma życia – mówi Bernard Marks. – Bez wody nie urośnie zwierzę, zwiędnie kwiatek na balkonie i żadna roślina nie wyda plonu.

Woda jest w polu Bernarda Marksa, w odtworzonym stawie w Walcach, w rowach Strzeleczek i głęboko pod ziemią, skąd czerpią ją Krapkowice.

Problem w tym, żeby nie pozwolić jej zbyt szybko uciec.

Nie chodzi o zatrzymanie każdej kropli. Chodzi o to, by umieć zdecydować, którą zatrzymać, a którą wypuścić – i kiedy.

Materiał powstał w ramach projektu Stowarzyszenia Gazet Lokalnych. 


Podziel się
Oceń

Napisz komentarz

Komentarze

Reklama
Reklama
Reklama https://helios.pl/kedzierzyn-kozle/kino-helios/repertuar
Reklama
Reklama
KOMENTARZE
Autor komentarza: klaus Treść komentarza: najbardziej to ucierpią rodzice.... Data dodania komentarza: 27.08.2026, 17:23 Źródło komentarza: POSEŁ ZIEMI KRAPKOWICKIEJ W OPAŁACH Autor komentarza: Dariusz. Treść komentarza: A co ma do tego żywopłotu WiK? Skoro to prywatne. Data dodania komentarza: 25.08.2026, 16:59 Źródło komentarza: Droga pieszo‑rowerowa na Opolskiej. Kierowcy nadal łamią przepisy — ruszyły kontrole straży i policji Autor komentarza: Mieszkaniec Krapkowic Treść komentarza: Utrudnienia dla pieszych Straż Miejska i WiK znajdą też na ulicy Wapiennej (jeszcze przed skrzyżowaniem z ul. Szkolną) gdzie nie zaopiekowały żywopłot znacząco utrudnia przejście chodnikiem Data dodania komentarza: 21.08.2026, 13:02 Źródło komentarza: Droga pieszo‑rowerowa na Opolskiej. Kierowcy nadal łamią przepisy — ruszyły kontrole straży i policji Autor komentarza: Błażej Treść komentarza: Super temat, pozdrawiam Data dodania komentarza: 20.08.2026, 13:36 Źródło komentarza: Zbrojna Karawana Kupiecka zaprasza na II Jarmark Średniowieczny. Walki, inscenizacje i warsztaty już 29 sierpnia Autor komentarza: Chudini Treść komentarza: A milicja ile w tym momencie miała 🫣 kmh😱 Data dodania komentarza: 17.08.2026, 18:19 Źródło komentarza: 201 km/h na DK 45. BMW pędziło o 131 km/h za szybko. Kierowca stracił prawo jazdy Autor komentarza: TakiJeden Treść komentarza: Jak widzę stojących na poboczu z radarem to mam ochotę zapytać ile było zdarzeń drogowych w tym miejscu. W ok 80% stoją w miejscu wygodnym, gdzie nie zobaczysz pieszego. Niech staną np w Gogolinie na głównej drodze ale na dwa auta w jakieś odległości to będzie to miało jakiś sens. Data dodania komentarza: 14.08.2026, 10:23 Źródło komentarza: Piratów drogowych przybywa. W powiecie krapkowickim policja zatrzymała ich o 40 proc. więcej
Reklama
Reklama
Reklama