
Miał zostać na rok. Został na 23 lata. Rafał Jilg od 2003 roku prowadzi Młodzieżową Orkiestrę Dętą w Gogolinie. Przez ten czas zespół nagrał cztery płyty, zdobywał nagrody, koncertował w Polsce i za granicą, a przez jego szeregi przewinęły się setki młodych muzyków. Dziś w orkiestrze grają także jego synowie, żona, a nawet muzycy, którzy dzięki temu zespołowi trafili później do filharmonii i akademii muzycznych.
Kiedy w 2003 roku Rafał Jilg przyszedł na pierwszą próbę Młodzieżowej Orkiestry Dętej w Gogolinie, nie planował spędzić z nią kolejnych dwóch dekad. Miał być rok. Tyle wystarczyło, by sprawdzić, czy nowy dyrygent i młodzi muzycy znajdą wspólny język.
– Przyszedłem na próbę z ówczesnym burmistrzem Joachimem Wojtalą, który zaproponował mi prowadzenie tej orkiestry, aby bardziej się rozwijała i nabrała nowego blasku. Miałem zostać początkowo na rok, na tak zwany okres próbny, ale zrobiło się z tego już ponad 20 lat, a dokładnie w tym roku miną 23 lata mojej pracy z orkiestrą – wspomina Rafał Jilg.
Początki nie były jednak zupełnie bezstresowe.
– Pamiętam, jak wszyscy wtedy patrzyli na mnie trochę nieufnie, niektórzy z zaciekawieniem, ja sam też miałem trochę obaw, jak to wszystko się ułoży. A ułożyło się bardzo dobrze – dodaje.
Już po roku zespół nabrał nowego kształtu, a muzycy zaczęli przygotowywać się do nagrania pierwszej płyty. Dziś na koncie mają ich cztery.
Z orkiestry do filharmonii
Przez orkiestrę przewinęły się setki osób. Niektórzy grali przez rok czy dwa, inni zostali na dłużej. Są też tacy, dla których Gogolin był jednym z pierwszych przystanków na muzycznej drodze. Jak wspomina Rafał Jilg, jednym z nich jest Marek Śmiech, tubista Filharmonii Opolskiej, który w gogolińskiej orkiestrze gra od samego początku, czyli od 1997 roku:
- Przez lata grali tu także bracia Kurkowie. Damian gra na trąbce, Mateusz na tubie. Obaj są dziś wykładowcami Akademii Muzycznej w Poznaniu i muzykami związanymi z tamtejszym środowiskiem filharmonicznym. To chyba najlepszy dowód na to, że młodzieżowa orkiestra może być czymś więcej niż miejscem, w którym po prostu gra się koncerty – mówi dyrygent gogolińskiej orkiestry.
Rafał Jilg nie ukrywa, że zespół przez lata się zmienił. W najlepszym okresie, między 2010 a 2020 rokiem, liczył ponad 50 muzyków. Dziś na stałe gra w nim około 25–30 osób. Zmieniła się też sama praca dyrygenta.
– Kiedy zaczynałem, byłem jeszcze studentem, teraz jestem o wiele starszy i młodzież też postrzega mnie nieco inaczej niż kiedyś. Wtedy mówiliśmy sobie wszyscy po imieniu, teraz jestem w oczach młodzieży i dzieci starszym panem lekko siwiejącym – mówi z uśmiechem.
I przywołuje historię jednego z wychowanków, który kiedyś stwierdził, że dyrygent wcale nie wygląda tak staro, jeśli krótko się strzyże. Problem w tym, że Rafał Jilg nie miał wtedy jeszcze 40 lat.
Tu nie chodzi tylko o muzykę
Orkiestra dęta wymaga dyscypliny. Instrument trzeba ćwiczyć, podobnie jak sportowiec musi trenować. Ale według Rafała Jilga największą motywacją nie jest samo ćwiczenie. Jest nią świadomość, że za chwilę trzeba zagrać razem z innymi:
–To tak jak z drużyną siatkarską czy piłkarską. Można poodbijać sobie piłką samemu, ale to nie to samo co w zespole. Podobnie myślę jest z orkiestrą – mówi dyrygent.
I właśnie ta wspólnota sprawia, że część młodych zostaje na lata.
Ważne są także wyjazdy. Czasami kilkudniowe. W autobusie, podczas wspólnych prób i po koncertach młodzi muzycy poznają się z zupełnie innej strony.
– Można naprawdę dobrze się zintegrować, podzielić swoimi doświadczeniami, pasjami, porozmawiać o wszystkim, czasami nawet o sprawach trudnych dla dzieci czy młodzieży – przyznaje.
Dlatego Rafał Jilg nie patrzy na orkiestrę wyłącznie przez pryzmat nut i poprawnie zagranych dźwięków:
– Przede wszystkim uczy współpracy, wyrozumiałości, dyscypliny, słuchania innych osób.
Orkiestra, w której gra rodzina
Jest jeszcze jeden element, który sprawia, że historia Rafała Jilga z gogolińską orkiestrą jest szczególna. Muzyka nie kończy się u niego po wyjściu z sali prób. Gra cała rodzina. Żona na saksofonie. Syn Michał na trąbce i perkusji. Syn Kamil na tubie. Rafał – na puzonie.
– Mam to szczęście, że rodzina jest ze mną na każdy koncercie. Trudno mi sobie teraz wyobrazić jakiś wyjazd na koncert bez mojej rodziny. Po prostu jak jest jakieś granie, pakujemy się i jedziemy. I jestem z tego powodu bardzo szczęśliwy – mówi Rafał Jilg.
W gogolińskiej orkiestrze spotykają się więc nie tylko kolejne pokolenia muzyków, ale czasem całe rodziny. Dla dyrygenta prowadzenie dzieci osób, które wcześniej same grały w zespole, jest szczególnym powodem do zadowolenia.
– Ogromna satysfakcja, motywacja do dalszej pracy – przyznaje.
Setki koncertów, cztery płyty i jedno marzenie
Przez 23 lata trudno już policzyć wszystkie występy. Orkiestra jest częścią lokalnych uroczystości – gra podczas dożynek, odpustów i wydarzeń, bez których trudno wyobrazić sobie kulturalny kalendarz Gogolina i Kamienia Śląskiego. Koncertowała także w wielu miejscach w Polsce i za granicą. Na swoim koncie ma pierwsze miejsca w przeglądach i konkursach orkiestr dętych. A jednak Rafał Jilg nie wskazuje jednego koncertu, który byłby dla niego najważniejszy.
– Przez te 23 lata mojej działalności zagraliśmy nie dziesiątki, ale setki koncertów. Każdy z naszych występów coś przyniósł, coś dodał, trudno mi teraz powiedzieć, który z nich był najlepszy – przyznaje.
Jest jednak coś, co zapamięta na pewno. Pierwsze wspólne koncerty z synami.
– Zawsze jestem ogromnie dumny, kiedy są razem ze mną na scenie – dodaje.
Dziś, po ponad dwóch dekadach, nie marzy już o kolejnych trofeach czy rekordach. Jego największe życzenie jest zaskakująco proste.
– O czym marzę? Aby orkiestra grała jak najdłużej, a osoby, które w niej grały, zawsze mile wspominały ten czas – mówi z uśmiechem Rafał Jilg.
To niewielkie zdanie mówi chyba najwięcej o tym, czym przez lata stała się dla niego Młodzieżowa Orkiestra Dęta w Gogolinie. Nie tylko zespołem. Nie tylko szkołą muzyki. I nie tylko kolejnym punktem programu podczas lokalnych uroczystości. To miejsce, z którego młodzi ludzie wychodzą z muzyką, przyjaźniami i doświadczeniem, które czasem prowadzi ich znacznie dalej – nawet na sceny filharmonii i akademickie katedry.
A człowiek, który miał zostać tu tylko na rok, po 23 latach nadal stoi przed nimi z batutą.


Napisz komentarz
Komentarze